czwartek, 8 sierpnia 2013

Ratatouille

 
Potraficie sobie wyobrazić, że przez 5, 10 a może i 20 lat, od poniedziałku do piątku Wasz dzień składa się z szeregu tych samych czynności? 
No dobra nie dzień, skupmy się chociaż na samym poranku. Te 5 lat to około 1290 dni a 20 lat to już 5160. Ponad 5 tysięcy poranków rozpoczynających się o godzinie 5.45!!!  

Wstaję, budzi mnie Justin Timberlake i jego utwór „What goes around” (dziwi, że jeszcze mogę go słuchać o innych porach dnia). Pierwsza czynność to karmienie Tofika, około 6.00 przeczesuję umyte już włosy, czasami jeszcze będąc jedną nogą z wizytą u Morfeusza ;) Suszenie włosów i te same ruchy szczotki, ich powtarzalność zaczyna doprowadzać mnie do szału, mycie zębów, wklepywanie kremu takiego a potem jeszcze takiego… 6.25 jestem znowu w sypialni. Zapalam światło i rozpoczynam tapetowanie ;) krem, baza, podkład, korektor, puder, róż …. 6.40 – 6.45 prace dekoratorskie dobiegają końca. Teraz włączam żelazko a następnie otwieram szafę. I tu zaczyna się problem.  Chociaż nie wiem ile miałabym topów, bluzek czy innych koszul i tak przed szafą spędzam około 5-10 minut, w panice stwierdzając, że nie mam co na siebie włożyć. Dobra, jest godzina 7.10 schodzę na dół już prawie gotowa do wyjścia. Nalewam sobie szklankę wody, którą popijam tabletki w ilości hurtowej ;) Otwieram lodówkę i dokładnie tak jak jeszcze 10 minut temu stojąc przed szafą, stwierdzam, że nie mam co do garnka włożyć. Łapię jakiegoś owoca, butelkę wody i o 7.17 siedzę w samochodzie a już o 7.30 przy urzędowym biurku ;) A wiecie co jest najlepsze? że gdy zdarzy mi się zaspać do pracy i wstać zamiast o 5.45 o 6.30, bez pomijania wszystkich tych czynności i tak jestem na czas przy biurku ;) Ale nie o tym…

 
Ostatnio na blogu Dybki przeczytałam o SZPONIE CODZIENNOŚCI i o tym jak można go spiłować ;) oczywiście rozumiem, że są tacy, którym ta codzienna powtarzalność tych samych czynności nie doskwiera tak mocno jak mi. Moja babcia na przykład, każdego dnia chodziła na poranną mszę do pobliskiego kościoła. Będąc dzieckiem nie mogłam tego zrozumieć, bo po tygodniu chodzenia razem z nią byłam tak śmiertelnie wynudzona, że głowa mała… pamiętam jak zapytałam czy jej to chodzenie nie nudzi, ale popatrzyła na mnie ze zdziwieniem stwierdzając, że absolutnie nie. Widocznie szpon codzienności omijał moją babcię szerokim łukiem ;) 

Wracając do tematu szpona i tego, jak można go spiłować. Powiem szczerze, że nie jest to łatwy temat. I nie wystarczy zaopatrzenie się w gruboziarnisty pilnik przeznaczony do paznokci żelowych, chyba trzeba pozwolić sobie na większy luz, odrobinę spontaniczności i swobodnego podejścia do tematu. I tak np. wstać o 5.45, ale tylko po to, aby wziąć prysznic i z mokrymi jeszcze włosami pójść piechotą do pracy, albo tak jak ja wczoraj zrobić spontaniczną imprezę bez wielogodzinnych przygotowań i mycia fug szczoteczką. Po prostu spotkać się i celebrować swoje towarzystwo a nie brak kurzu na półkach. Oczywiście nic na siłę! Gdy zaproponowałam babci, podczas drugiej może trzeciej, wspólnej wizyty w kościele, wprowadzenie lekkiego urozmaicenia tzn. zajęcia miejsca w prawej a nie lewej nawie, z oburzeniem popatrzyła na mnie stwierdzając, że to nie jest jej strona kościoła ;) ale tak jak już wcześniej wspominałam mojej babci zjawisko szponu nie dotyczyło ;)

A w kuchni… rzadko powtarzam te same smaki, o co wiecznie pretensje ma Artur, ale przynajmniej szpon mnie tam nie dopada. Ratatouille (Ratatuj) robiłam po raz pierwszy i zdecydowanie nie ostatni. Jest czymś pomiędzy włoską Peperonatą a hiszpańskim Pisto. Idealny na letnie wieczory przy winie. Robiąc go z najlepszych warzyw, których teraz macie pod dostatkiem, zapewniacie sobie przepyszne i proste danie. 

Składniki dla 3 osób:
  • 400 g pokrojonej cukinii (w większą kostkę lub plasterki)
  • 500 g pokrojonego w plastry bakłażana
  • 2 papryki (zielona i czerwona)
  • 1 mała papryczka chilli (bez pestek)
  • Oliwa z oliwek
  • 2 małe cebule pokrojone w kostkę 
  • Zioła prowansalskie
  • Sól oraz pieprz
  • 2 ząbki czosnku
  • 8 listków świeżej bazylii
  • 2 dojrzałe pomidory, sparzone i obrane ze skórki
  • 1 szklanka dobrego przecieru pomidorowego
  • 1/2 kieliszka półwytrawnego, białego wina
Przygotowanie:
Bakłażana posypujemy solą i kroimy na większe części. Paprykę kroimy w podłużne plasterki a papryczkę chilli w drobną kostkę. Cukinię, bakłażana oraz papryki przekładamy do dużej miski, dodajemy 4 łyżki oliwy z oliwek oraz 2 duże szczypty ziół prowansalskich. Mieszamy. Rozgrzewamy patelnię (najlepiej grillową), przekładamy na nią warzywa i grillujemy przez około 8 minut. Odstawiamy.


Pokrojone cebule smażymy na 3 łyżkach rozgrzanej oliwy z oliwek, przez około 6 minut. Dodajemy przeciśnięte przez praskę 2 ząbki czosnku, dwie szczypty ziół prowansalskich oraz bazylię. Chwilę smażymy ciągle mieszając. Dodajemy grillowane warzywa, na moment zwiększamy ogień. Wlewamy wino i gotujemy przez 5 minut, od czasu do czasu mieszając.
Teraz dodajemy pomidory pokrojone w średnią kostkę, przecier, sól oraz pieprz. Gotujemy na małym ogniu, tak długo, aż warzywa będą miękkie, ale nie rozgotowane (przez około 25 minut) od czasu do czasu mieszając. Ewentualnie doprawiamy do smaku solą i pieprzem. 

Podajemy na ciepło.

 

Smacznego!!! 

 PODPIS

11 komentarzy:

  1. Tapetowanie najlepsze! Choć uważam- całkiem bez lizusostwa, że go nie potrzebujesz. Poza tym to ja Cię podziwiam za taką dokładność. Mój makijaż to jakaś fuszera w porównaniu do Twojej wersji ;)
    U mnie jest podobnie: mogę zaspać pół godziny, a i tak się wyrobię- czego nie może ogarnąć Sebastian.
    Babcia, jak to babcia miała swoje przyzwyczajenia i szczerze? Nie dziwi mnie wcale, że zmieniać nic nie chciała. Moi dziadkowie potrafią cały dzień przesiedzieć na tarasie w jednej pozycji i też nie narzekają na nudę i monotonnie...:D
    A ja, jak chcę coś zmienić, to odpalam na dvd Chodakowską, wypocę się od święta razem z nią i zamiast gorzkiej, zaserwuje sobie mleczną z orzechami- taka właśnie malucia zmiana, aby nie popaść w rutynę :D
    Warzywa lubię w każdej postaci, więc Ratatouille pożarłabym ze smakiem. Tym razem chyba nawet z tą apetyczną i piękną miseczką!
    Ściskam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tam oj tam :))
      Ciekawa jestem czy na starość też będę tak potrafiła :) siedzieć cały dzień i patrzeć jak rosną kwiaty ;)

      Buziaki!

      Usuń
  2. Ja nie znoszę rutyny, dlatego mam nadzieję, że uda mi się uniknąć w niedalekiej przyszłości pracy od do jakiejś godziny. Nie lubię wstawać o tej samej godzinie. I głupio się przyznać, ale z makijażem to muszę chyba na jakiś kurs do Ciebie się wybrać;-) Fuszerka jak u poprzedniczki;-) Zawsze podziwiam moją mamę, która codziennie wstaje o 5,30 i po kolei myje włosy, w międzyczasie kawa i obowiązkowy papieros, suszy włosy, ubiera się, maluje, prostuje sterczące włosy, idzie do klepu po świeże pieczywo i gazetę codzienną, robi kanapki, je jedną, wyprowadza samochód z garażu, pije herbatę, przegląda gazetę, ubiera odzież wierzchnią i wyjeżdża o 7.03, żeby o 7.05 być po koleżankę 500 metrów dalej na tej samej ulicy. Szczerze ją podziwiam;) Na szczęście teraz ma wakacje! Pisząc to zdałam sobie sprawę, że pewnie też mnie czeka to!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Twoja mama jest świetna :) i tak, pewnie Ciebie czeka to samo, ale tak to już jest :)

      A na kurs makijażu sama bym się chętnie wybrała :)

      Pozdrawiam ciepluchno :)

      Usuń
  3. trzeba zrobić... z bajką w tle ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jedną z lepszych bajek :)

      Usuń
  4. Haha, widzę, że wstajemy dokładnie o tej samej godzinie. :)) Tylko ja nie mam kici do karmienia, włosów do suszenia (znaczy, włosy mam ale nie używam suszarki, czekam aż wyschną same ;) ), ciuchów do wybierania (bo zazwyczaj kończy się na wyciąganiu z szafy tego, czego nie trzeba prasować), a makijaż robię w max. 10 minut. Za to, zgodnie z moim wewnętrznym przekonaniem, że śniadanie to najważniejszy posiłek dnia, codziennie staram się od razu po wyjściu rano z łazienki i przywędrowaniu do kuchni, przygotować coś innego, smacznego, zapełniającego najlepiej na pół dnia i tak rozkoszować się tym przez kolejną godzinę. :)) A zaspać chyba bym nawet nie umiała, bo już nawet mój wewnętrzny zegar sam wybudza mnie przed budzikiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też mam swój wewnętrzny budzik, ale czasami mnie zawodzi, za co jestem mu niewymownie wdzięczna :)

      Usuń
  5. Świetnie to napisałaś :-) I ja ratatatatataaaaaaaaaaaa jeszcze nigdy nie robiłam, więc jak już mój szpon za dużo się wyszponi, zrobie sobie, żeby go trochę doprowadzić do porządku :-)

    OdpowiedzUsuń
  6. Dziękuję za szponowatą inspirację :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Deli, jak dla mnie wstajesz w nocy... ;) Ja zazwyczaj na ostatnią chwilę, a nawet jeśli nie, coś mi nagle kradnie pół godziny, nie wiadomo gdzie i kiedy i prawie zawsze pędzę do pracy spóźniona. Szpon codzienności za to lubię, te wszystkie codzienne rytuały i ich powtarzalność. Ratatuja nigdy nie robiłam, ale tak sobie myślę, że to ciekawa alternatywa dla leczo i musze kiedyś spróbować!

    OdpowiedzUsuń

Bardzo się cieszę, że odwiedziłaś/eś moją stronę. Będzie mi bardzo miło, jeśli pozostawisz po sobie znak w postaci komentarza :))

WYDRUKUJ PRZEPIS

PODZIEL SIĘ :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...